Biopromic może zrewolucjonizować wykrywanie chorób zakaźnych

Ten startup może zrewolucjonizować wykrywanie niemocy zakaźnych

Pomimo kosmicznego rozwoju diagnostyki przez ostatnie lata nadal większość chorób diagnozowana jest za pomocą mechanik z przełomu XIX jak i również XX wieku. Dr Lech Ignatowicz zamierza to zmieniać. I wszystko wskazuje w to, że może mu się to udać. Po końcu do jego flagowego projektu dołożył mu Global Goods, za którym stoi Bill Gates. Swoją firmę postanowił jednak rozwijać zbytnio granicą.

Nell Przybylska, Business Insider Polska: Czemu na swój kierunek emigracji wybrał pan akurat Szwecję?

Lech Ignatowicz, prezes i współzałożyciel Biopromic: Dosyć przypadkowo. Na ostatnim roku kalendarzowego studiów wyjechałem na stypendium Erasmus do Brukseli i to wtedy podjąłem uchwałę, że jeśli mam robić doktorat, to w dobrym ośrodku za granicą. Spośród Belgii, Szwajcarii lub Skandynawii padło na Szwecję, gdyż udało mi się zdobyć stypendium Marii-Curie właśnie w Karolinska Institutet (uniwersytet medyczny w Solnie – przyp. red. ). Przyjazd do odwiedzenia Szwecji był trochę loterią, ale decyzja o pozostaniu w Sztokholmie i po efekcie ulokowanie tu przedsiębiorstwa była już podjęta niesłychanie świadomie.

Co takowego wartościowego dał panu Instytut Karolinska w Sztokholmie?

Na pewno na wstępie siwe włosy (śmiech). Karolinska Institutet to światowy brand: przyznawanie nagrody Nobla z medycyny, szósty najlepszy uniwersytet medyczny na ziemi i pierwszy pod względem farmacji. To otwiera wiele drzwi, ale też powoduje, że naukowe ego latają tutaj stadnie i bardzo wysoko (śmiech). A na poważnie wówczas różnorodność ludzi tu działających (zespoły są z całego świata), nacisk na naprawdę wysokiej klasy badania i ich aplikacyjność są niesłychanie silnym motorem rozwoju. To, co jest szczególną jakością szwedzkich uniwersytetów, nie tylko Karolinskiej, to tzw. uprzywilejowanie profesorski. W skrócie: jakikolwiek pracownik naukowy, wliczając po to studentów i doktorantów, jest właścicielem pełni norm do swoich wynalazków. Nie zaakceptować jest nim uniwersytet bądź szef grupy badawczej, bądź promotor pracy. Twój rozwiązanie jest twoją własnością a mianowicie to jest najprostsza recepta na innowacyjność akademicką, którą można sobie wyobrazić. Z brakiem tego, nie sądzę, żeby Biopromic był tu, gdzie jest teraz.

Nad czym pracujecie obecnie po Biopromic?

Biopromic zajmuje się rozwijaniem technologii, które są stosowane w testach diagnostycznych, zwłaszcza chorób zakaźnych. Opracowujemy elementy i dostarczamy dla odmiennych firm diagnostycznych, ale naszym własnym głównym celem są testy typu „point-of-care” z moczu, krwi, śliny etc. Proszę sobie wyobrazić „test ciążowy na gruźlicę, malarię bądź grypę”.

Pomimo kosmicznego rozwoju diagnostyki przez minione lata nadal większość chorób, w większości krajów diagnozowana jest za pomocą mechanik z przełomu XIX jak i również XX wieku. Nawet po 2018 roku pierwszym testem na gruźlicę jest mikstura mikroskopowy. Niestety testy „molekularne” są najzwyczajniej w świecie za drogie, zbyt skomplikowane i żądają wysoce wyspecjalizowanego laboratorium, by implementować je na obszerną skalę.

Dlatego własnym celem jest wykorzystanie inżynierii, które znamy m. in. z lateral flow assays, czyli „testów ciążowych” i zastosowanie jej do dostrzegania chorób zakaźnych. Bez wątpienia łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale udało nam się opracować lub zmodyfikować kilkanaście technologii, by osiągnąć wystarczającą czułość testów. Dzisiaj możemy wykrywać tak śladowe liczby tzw. antygenów, że wykrywanie gruźlicy przy użyciu próbki moczu, staje się możliwe. Gwoli wyobrażenia skali jesteśmy przy stanie wykryć jedno specyficzne ziarno w 100 tonach lub inaczej 5 wielkich wywrotkach piasku.

Taki test, wykonany na rejonie przy pacjencie (a czasem przez samego pacjenta) oszczędza czas, pieniądze i przynosi dostęp do diagnostyki w miejscach, w których przedtem nie było o tej dziewczyny mowy. Trudno sobie przypomnieć, jak wyglądało badanie pułapu cukru u cukrzyków zanim wynalezieniem pasków do gleukometru lub diagnozowanie ciąży zanim testami paskowymi. Chcemy, aby diagnostyka chorób zakaźnych była tak samo łatwa.

To nie brzmi jakim sposobem raczkujący startup, który wolno rozwijać w garażu. Skądże macie finansowanie?

Pod względem finansowania jesteśmy trochę nietypowi. Na samym początku postanowiliśmy, że jak długo się da, to będziemy rozwinąć firmę „organicznie” - to znaczy bez kapitału zewnętrznego, wyłącznie z naszego potu i łez (śmiech).

W firmę inwestujemy własny kapitał i pomimo tego, że nie jest to najłatwiejsza droga, jak póki co wygląda na to, że była to dobra decyzja. Momentem przełomowym było podpisanie przez nas joint venture z Global Good na rozwój testu na gruźlice, naszego flagowego projektu. To był na tyle duży zastrzyk finansowy, iż mogliśmy otworzyć nowe laboratoriom i bardzo przyspieszyć polski rozwój.

Czy dzięki tego typu startupach możemy w ogóle zarobić?

Mam dogłębną nadzieję, że tak (śmiech). A poważnie mówiąc, diabeł tkwi w szczegółach. Startupy biotech poza nazwą nie zaakceptować mają wiele wspólnego z tym, jak funkcjonują „tradycyjne” startupy w szeroko pojętym IT czy customer service.

W medtech/biotechu wymagania kapitałowe „na start” są ogromne, regulacje dotyczące produktów bardzo, o ile odrzucić najbardziej, restrykcyjne, a niebezpieczeństwo niepowodzenia jest dużo duże, bo oprócz rynku, klientów i technologii dochodzi także Matka Natura. Mamy możliwość mieć najlepszy zespół, miliard dolarów i genialny rozwiązanie a wreszcie nasz nowy środek może po prostu stać się za toksyczny, bądź test niewystarczająco czuły. Wraz z tym że startup pomimo całego wysiłku może upaść trzeba się po prostu połączyć i najlepiej, prawie „łopatologicznie”, powtarzać to inwestorom i partnerom. Zwrot 20 razy w 3 lata to wygrana na loterii.

Z drugiej strony, o ile już uda nam się opracować technologie, która operuje, ma wystarczająco szerokie zastosowanie i przejdzie ścieżkę regulacyjna, to zwrot z lokaty powinien być wart zachodu. Pomimo tego, że medycyna rozwija się bardzo szybko to większość leków i rozwikłań, które się przyjęły jak i również sprawdziły, będzie używana przez lata (nadal używamy np. penicyliny i zwykłych plastrów). Dlatego o inwestycjach przy medycynę i biotech należy myśleć w długiej możliwości. Najlepiej bardzo długiej.

Warto jeszcze zadać samemu pytanie: co nas faktycznie naprawdę motywuje? Albo w wyższym stopniu bezpośrednio: czy najważniejsza wydaje się chęć czystego zysku? Z natury rzeczy inwestycje przy biotech i medtech łączą się z technologiami które, summa summarum mają komuś uratować lub przedłużyć życie i dylematem etycznym, czy, jak i jak wiele powinniśmy za zakupach grupowych zarobić. Wówczas dotyczy wielu aspektów biznesu, ale w medycynie wydaje się chyba najbardziej zauważalne. Fast sami w Biopromic powinniśmy zadawać sobie to pytanie bardzo często, bo nasze testy najbardziej potrzebne będą w najbiedniejszych regionach otoczenia.

Osobiście uważam, że da się pogodzić dzień dobry biznesową i etyczną, lecz wiąże się to spośród pytaniem: ile „warto” zapracować? Wbrew pozorom, duża suma technologicznych startupów (przynajmniej wokół nas) zmaga się spośród takim pytaniem, szczególnie w chwili, kiedy pojawiają się pierwsi wspólnicy Venture Capital czy instytucjonalni. Dlatego tak ważna wydaje się odpowiednia „filozofia zysku”, odrzucić tylko założycieli firmy, jednak i inwestorów. My posiadamy ten komfort, że zbyt inwestycyjny w Sztokholmie jest na tyle rozwinięty, iż nie jest problemem znaleźć rozważnych inwestorów. Na medtech jak i również biotech startupach naprawdę wolno zarobić, nie będąc wilkiem z Wall Street (śmiech).

Czego moglibyśmy się w Polsce nauczyć od Szwedów w zakresie innowacji?

Trzech głównych rzeczy: globalnego podejścia, długoterminowych i dalekosiężnych planów i współpracy. Szwecja jest względnie małym krajem i zatem każdy zdaje sobie materię z tego, że pomyślność opiera się na globalnym, a nie lokalnym branży. Praktycznie nie znam przedsiębiorstw z naszego otoczenia, które nie celują w międzynarodowy rynek. Od Tetrapak na iZettle i Spotify – albo będziesz graczem międzynarodowym, albo ktoś Cię przegoni lub zje. To podejście idzie w parze spośród zawieszaniem wysoko poprzeczki i dalekowzrocznością. Najlepszym przykładem wydaje się być tzw. „wizja zero”, dokąd Szwecja stara się zmniejszyć ilość ofiar wypadków na drodze do zera w 2030. Pod tak określony klarownie cel budowana jest cala strategia komunikacyjna, budowlana bądź społeczna. Takie myślenie jest też powszechne w interesie – czy to po ilości sprzedaży składanych mebli na ziemi, czy budowaniu najbezpieczniejszych samochodów. Stawiać osobiście poprzeczkę wysoko i myśleć długofalowo.

Ale prawdopodobnie najważniejszą rzeczą, którą musimy skopiować, jest powszechność „współpracy”. W szkole, zespole, przedsiębiorstwie czy pomiędzy firmami. Od momentu konkurencji między jednostkami liczy się bardziej efekt kooperacyj zespołu. Łatwo sobie to wyobrazić w stopniu malej firmy jak nasza, gdzie wszelcy współpracują nad różnymi rzeczami, przeskakują z jednego na drugi i decyzje podejmowane są poprzez konsensus (nasza stażystka Magdalena uczestniczy w spotkaniach firmowych na ludzi samych prawach, co ja). Ale nawet na najwyższych szczeblach biznesowych współpraca wydaje się czymś bardzo normalnym.

W 2010 roku szóstka największych banków w Szwecji, które mocno ze sobą konkurują, uruchomiło wspólnie program podpisu elektronicznego - Mobil BankID („ePUAP w telefonie”). Firma zarządzająca jest współwłasnością tychże banków, a dziś z BankID korzystać możemy wszędzie: od składania deklaracji podatkowej po ubezpieczenie jak i również rejestracje samochodu. Współpraca polazła tak dobrze, że owe same banki uruchomiły układ mobilnych transferów – Swish i ponownie są wraz współwłaścicielami systemu, choć walczą oddzielnie o klienta. Życzyłbym prezesom PKO BP jak i również Pekao tak udanej współpracy z konkurencją (śmiech).

Na koniec poproszę o taką dobrą radę dla Polski i Polaków.

Nie traktować swojego najważniejszego pochodzenia innowacji: doktorantów, rezydentów bądź ogólnie pracowników poniżej trzydziestu pięciu. roku życia, jak chłopów pańszczyźnianych. Tylko tak wiele i aż tyle.

Żadna gospodarka oparta dzięki niewolnictwie nie przetrwała długo i nie była konkurencyjna. Ani Polska XVII wieku, ani nawet południe USA u swojego szczytu. Przeczołgiwanie całego kolejnego pokolenia poprzez „okres próby” czy „czas wyrzeczeń” nie wnosi zero poza gaszeniem w przedtem potencjału oraz hodowaniem bezczynności i nihilizmu.

Pomimo całego narzekania na „tę młodzież”, to są właśnie ci ludzie, którzy posiadają nowe technologie w drobnym palcu, mają najwięcej pomysłów i energii do katalogów realizacji. Większość przełomowych technologii i odkryć była i jest dziełem ludzi młodych (Maria Curie miała 31 lat, gdy odkryła polon i rad, Bill Gates w wieku 31 lat był już miliarderem, a CD projekt założyli dwudziestolatkowie). Dlatego traktowanie na macoszemu tych kilku mln Polaków to zbiorowe ekonomiczne samobójstwo.

Lech Ignatowicz, prezes i współzałożyciel Biopromic będzie jednym z prelegentów podczas 4. Kongresu innoSHARE'18 - LET'S INSPIRE POLAND, który odbędzie się po Pałacu Kultury i Nauczania w Warszawie w dniach 27-29 czerwca 2018 r. Wystąpią na nim wybitni Polacy i osoby naszego pochodzenia, którzy na co dzień zajmują się wdrażaniem innowacji, tworzeniem startupów z badań, nauczania i inżynierii czy też szeroko rozumianymi badaniami i postępem.

WSKAZANE JEST WIEDZIEĆ: